POCHWAŁA ŻYCIA I MAŁEGO ŚWIATA

Tegoroczna edycja rozdania Oscarów wzbudziła w sercach Polaków dumę. Wszystkie pary polskich oczu spojrzały w stronę kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny, gdzie zatriumfowała nasza ojczysta produkcja „Ida” Pawła Pawlikowskiego. Skoro ów akt zainteresowania już zaistniał, to może warto zastanowić się tym, czy inne nieanglojęzyczne filmy również (lub bardziej) nie zasłużyły na obejrzenie. W ten sposób docieramy do „Mandarynek”, które spotkał niewątpliwy zaszczyt, jakim jest nominacja do Oscara. Film ten wzbudził we mnie nastrój pacyfistyczny i chyba takie właśnie było jego zadanie.

Przygodę z oglądaniem zaczynamy od śledzenia fragmentu życia starszego człowieka, który mieszka sam, codziennie wykonuje swoją pracę i ma jednego sąsiada. Kawałek jego codziennej rutyny wystarczy, by odbiorca zrozumiał, że tak wygląda każdy dzień każdego miesiąca większej części roku. Staruszek stworzył swój mały świat i można odnieść wrażenie, że sformułowanie „żyć własnym życiem” zostało stworzone specjalnie dla niego. Warunki, w których mieszka odbiegają od znanych nam standardów, ale człowiek ów pokornie i skrupulatnie wykonuje pracę, którą przewidział dla niego świat.

A skoro po raz kolejny pada słowo „świat” to warto wspomnieć, że jego małemu, spokojnemu światu zagraża wielki, niespokojny świat. Nieopodal jego domostwa mają miejsce walki w wojnie między Gruzinami, a separatystami. Linia frontu nieubłaganie zbliża się do niego i jego sąsiada. Obaj starają się dokończyć zbiory mandarynek zanim masa wojenna w postaci żołnierzy przetoczy się przez ich mały świat równając go z ziemią. I po raz kolejny problemy, ambicje i konflikty wielkiego świata niszczą małe życia ludzi, którzy nie dbają o to, jak wygląda flaga, której podlegają. Ważniejsze by nie zbrakło skrzynek, bo mandarynki się zmarnują.

Do tego harmonijnego i rządzonego przez codzienność świata wpadają dwaj żołnierze. Obaj ledwie żywi, obaj troskliwie opatrzeni przez stolarza, obaj goszczący w jego domu, obaj pijący herbatę przy tym samym stole i każdy z nich chce zabić drugiego. Nie znają się, ale stoją po przeciwnych stronach barykady, więc wzajemna chęć odebrania życia staje się dla nich oczywista. Stolarz widzi w słowie „życie” wielką wartość, którą należy pielęgnować, szanować i chronić. Dla niego to wielki dar, którego odebranie drugiej osobie to czyn najmniej ludzki, ze wszystkich możliwych czynów. Jego poglądy zostają skonfrontowane ze sposobem myślenia żołnierzy, którzy chcą mordować w imię idei. W imię tego, czyja flaga zostanie zawieszona.

Podejście stolarza przywodzi na myśl dziecięcy sposób myślenia, który przestaje być niedojrzały, a zaczyna jawić się jako pozbawiony niepotrzebnych komplikacji. Widząc kreację człowieka, który pomógł żołnierzom, miałem wrażenie, że patrzę na małego chłopca mówięcego: „Mamo, to bez sensu. Dlaczego Ci panowie się biją zamiast porozmawiać albo się pobawić?”. Stary stolarz bardzo wiele w życiu przeszedł, stracił kilka bliskich osób i pod koniec życia wróciła do niego dziecięca prostota. Czyżby nasz umysł działał na zasadzie paraboli, upraszając wszystko w wieku dziecięcym, a następnie komplikując świat, by na końcu zrozumieć, że wcześniejsza prostota była właściwa?

Film opowiada historię taką, jakich można by spisać tysiące w czasie każdej wojny. Uniwersalizm „Mandarynek” mówi o losach jednostki, które można by przełożyć na inne płaszczyzny i małe światy, a zasada pozostanie ta sama -wojna pochłania wiele niewinnych istnień. Banalne stwierdzenia, prawda? Wyobraź sobie więc, że jedno z tych istnień to twoje własne życie, do którego jesteś tak bardzo przywiązany.


BARTOSZ OSTROWSKI

Aspiruje do bycia molem książkowym.

Bloger z długim stażem wielokrotnego rozpoczynania działalności od nowa. 

 @brytosz na Twitterze, Brytosz na Blogspocie