SZTUKA ŚCIGANIA SIĘ

                              CZYLI KILKA PRZEMYŚLEŃ O ZMIENNOŚCI

 

Kiedyś absolutnie nie lubiłam zmian, obawiałam się ich tak nieracjonalnie i niewytłumaczalnie, byłam piewcą stałości bez zrozumienia jej głębszego znaczenia. Jednak po nieznacznym, choć znaczącym okresie egzystencji, uznawanym za najlepszy okres w życiu człowieka, zrozumiałam mechanizm przemian na swój, wciąż za mało doskonały, sposób. Wcześniej zwracałam uwagę przede wszystkim na modyfikacje powierzchowne, ułudne, doraźne. Kojarzyły mi się jakimś podrzędnym programem skierowanym do żeńskiej części widowni, w którym pseudospecjaliści (na miano „specjalisty” nie trzeba sobie zapracować tak bardzo jak kiedyś, teraz przydawane jest bez większej rozwagi komukolwiek, kto ma na dany temat ogólny pogląd i wypowiada go np. w telewizji śniadaniowej) dokonują metamorfoz wyglądu ochotniczek. Są one oczywiście oceniane jako „spektakularne”, jakżeby inaczej, przecież słowa teraz tracą na znaczeniu, nie wystarczy określenie „doskonałe”, język reklamy lubi hiperbolę. Mechanizm takich programów działa w prosty sposób na naszą psychikę, utożsamiając zmienianie wyglądu z symultaniczną ewolucją stylu bycia i wartości człowieka (cóż, niedorzeczne, przykładowo prostak w garniturze jest nadal prostakiem, a wartościowa osoba, nawet oblana szlamem, wciąż prezentuje tę samą wartość). Często tacy telewizyjni pseudospecjaliści i ćwierćinteligenci wmawiają nam, że wprowadzenie innowacji w sposobie ubierania to przełomowy moment i obrót o 180 stopni, który wpływa na nasze postrzeganie świata, zwiększa samoocenę. Chyba w tym tkwi jakaś wyssana z palca czyjejś brudnej stopy propaganda. Przecież nie unikamy porównań ze znajomymi, kanonami, resztą społeczeństwa, aby ocenić siebie, więc logicznie rzecz biorąc, nasza samoocena, choć powinna być nasza, uwarunkowana jest czynnikami z zewnątrz, co czyni ją oceną innych. Dużą rolę w ocenianiu zmienności mają też stereotypy – wariabilizm przypisuje się kobietom („La donna è mobile”), choć myślę, że to zbytnie uproszczenie, przecież każdy na przestrzeni czasu się zmienia, choćby ze względów biologicznych – dorasta, starzeje się – chociaż aksjomatem bym tego nie nazwała. Z kolei tabloidy, pokazując fantastyczne efekty przekształcenia wyglądu (zwane potocznie przez media „wylaszczeniem”) często działają na pierwotne uczucie zazdrości. Ludzie prymitywni, powodowani poczuciem bycia-gorszym-od-kogoś lub też chęcią udowodnienia, że skóra bawoła, którą przywdziali, jest lepsza od skóry mamuta, którą założyła sąsiadka, popisywali się i prowadzili rywalizację. Oczywiście nikt nie potwierdzi badaniami, że było tak autentycznie, ale w uproszczony sposób można to przedstawić i przyrównać do współzawodnictwa celebrytek co do doboru ubrań. Docelowy manewr obrazowania przemian sprawdza się, osiąga apogeum, gdy czytelniczki popadają w niekontrolowany zachwyt nad tym, że jakaś powszechnie rozpoznawalna osoba schudła ileś kilogramów. Ona może? Ja też mogę! Później obserwujemy te wszystkie panie, które choć za sportem nie przepadają, dziarsko naśladują np. Ewę Chodakowską, ponieważ są uzyskać podobną sylwetkę do tej, którą ona ma. Niby cel szczytny – własne szczęście. Pod płaszczykiem budowania własnej wartości w trakcie budowania masy mięśniowej u mężczyzn przemycić można także dbałość o własne ciało. Jednakże to niemożliwe, że każdy postrzega swoje szczęście tak samo i każdy wykoncypował ten pomysł akurat w tym samym momencie (np. dokładnie wtedy, gdy popularność zyskały osoby promujące „zdrowy” tryb życia). Warto się zastanowić – czy to nie wpływ kanonu piękna działa bardziej na takie zmiany niż po prostu nasze widzimisię? Czy nasze dążenia wypływają naprawdę tylko z naszego wnętrza (schudnę, żeby czuć się lepiej we własnym ciele) czy też są dokonywane pod presją społeczną (schudnę, aby inni mnie akceptowali i uważali za osobę atrakcyjną)? Takie mechanizmy obserwuję na co dzień, chcę czy nie, trafiają do mnie, reklamy atakują mnie zza węgła, gdy przechodzę ulicą, brukowce drażnią swą powierzchownością, telewizja zaskakuje pejoratywnie doborem informacji, radio traci swoją rangę, a zyskuje Internet. Jednak myślę, że nie to jest sednem zmian. Szukając ich początków, warto rozważyć, czy arche (praprzyczyna, tworzywo wszystkich bytów) jest zmienne, zastanowić się nad bytem samym w sobie (z pomocą spieszy metafizyka). Tak – według Heraklita z Efezu, jońskiego filozofa przyrody. Prapoczątkiem wszystkiego był ogień, który zapala się i gaśnie, rozdwaja i jednoczy, stanowi proces ścierania się przeciwieństw. Nasze myślenie z kolei opiera się na logosie (panteistycznym rozumie), który czyni z człowieka odrębny mikrokosmos. Jak myśleć o rzeczach przyziemnych (np. gotowanie klusek), gdy nasz umysł stara się zrozumieć apeiron (bezkres)? Rozważamy zmiany przyziemnie czy metafizycznie? Kluski czy bezkres? Jak w obliczu powiedzenia, że byt istnieje, a niebytu nie ma, wszystko jest stałe, w przyrodzie nic nie zostało stworzone ani nie ulega zniszczeniu, można tłumaczyć ruch i czas? Ni Parmenides, ni Empedokles nie stworzyli, według mnie, systemu, który dość dobrze tę niezmienność by tłumaczył. Prędzej Anaksagoras z teorią dzielenia i łączenia materii pod wpływem ducha (Nous), a także Demokryt z materializmem objaśniają swe teorie trafniej. Takie prawdziwe, najbardziej efektowne i trafne przemiany nie zachodzą wraz z udoskonaleniem sylwetki, zmianą makijażu czy sposobu ubierania. To zaledwie proste triki, które odwracają uwagę lub ją przyciągają. To, co się dzieje w naszym umyśle, zwłaszcza na przestrzeni lat jest samo w sobie bardzo ciekawą zmiennością. Jednak te zmiany są często tak płynne (panta rhei), że trudno je jednoznacznie opisać. Stawiając za cel zmienność, doświadczamy ulotności, wanitatywności, chwytami chwile (carpe diem). Gdziekolwiek nie spojrzeć, tam zmiany mniejsze lub większe. Nawet nieotwierany przez długi czas strych zmienia się – chociażby przybywa kurzu. Takie drobne, mało znaczące zmiany na ogół pomijamy, gdyż mamy do czynienia z tymi dynamiczniejszymi. Zmiany biologiczne zachodzące w człowieku, podróżowanie jako zmienianie miejsca pobytu, cykliczność natury, zmienność nastrojów to kilka z nich. Nie ma jednak możliwości, aby powtórzyć coś dokładnie tak samo. Tak jak bliźniacy różnią się minimalnie, nie ma dwóch identycznych spacerów nadmorską plażą wieczorem, drzew z równymi słojami czy nastrojów codziennie. „Nic dwa razy się nie zdarza” – pisała Szymborska. Nie można przykładowo zrobić dwóch nieopisanie podobnych, wzorcowo zaparzonych kaw z tej samej ilości ziaren, z tego samego ekspresu. Zawsze jest minimalna różnica w smaku, barwie, zawartości kofeiny. Zmienność opisywana jako domena młodości z kolei to gwałtowne i radykalne zmiany poglądów. Uważam jednak, że kwestią dojrzałości można nazwać umiejętność przyznawania się do tych zmian, które zachodzą przecież wraz z wiekiem, nabytymi doświadczeniami, obraniem innego punktu widzenia. Wprowadzanie modyfikacji, poprawek skłania nas w ogóle do rozwoju, zrewidowania własnych refleksji, tak, by nie ulec stagnacji, nie mieć klapek na oczach, stawać się bardziej wartościowym, dokonać trawestacji siebie samego. Myślę, że choć to banalne, można, a nawet trzeba odwrócić się za siebie metaforycznie i przeanalizować, jakie zmiany zaszły w naszym życiu długodystansowo przez przeczytane książki, obejrzane filmy, napisane słowa oraz wiele więcej czynności. Jak wiedza, którą się przyswoiło, wpłynęła na światopogląd. Moja zmienność nie polega na tym, że zmieniam kolor włosów wraz ze zmianą pór roku, wypróbowuję wszelakie style bycia (ciągle to nowe i nowe gęby) czy też wybieram ciągle inne towarzystwo znajomych. Moja zmienność polega na tym, iż po prostu szkoda mi życia na chroniczną leniwość, spanie, mentalny brak wysiłku. Ten pierwiastek wieczności, którym jesteśmy obdarzeni, to nasze życie zwyczajnie się nie powtórzy, choć to wie każdy. Czy zawsze uświadamiamy sobie, że marnujemy czas, gdy go marnujemy? Życie to tak dużo czasu, a jednocześnie tak mało – zawsze denerwowały mnie takie stwierdzenia, brnące w swą ogólność, ale dla kogoś, kto naprawdę lubi żyć, ma pomysł na siebie i plany do zrealizowania, nie chce tylko żyć dla samego przeżycia, zawsze czas ucieka. Gdy istnieje tyle książek, które chciałoby się poznać… Może i dobrym rozwiązaniem byłoby szukanie złotego środka. Tak jak istnieje teza, antyteza i synteza według dialektyki heglowskiej, białe nie jest czarne, czarne nie jest białe, a z ich połączenia powstaje szary, tak też istnieje pewnie połączenie stałości ze zmiennością, w proporcji większej dla którejś z nich. Wchodząc jakiś czas temu na drogę piewcy zmienności, zauważyłam dopiero proces, który trwał kilka lat, a wydaje się, że minął wraz z pstryknięciem palcami. Zaobserwowałam ludzi, których znam, jakby z boku i zastanowiłam się, ile „kroków” zrobili w tym samym czasie na tym samym dystansie. Jedni przewartościowali zupełnie swój system wartości, tworząc nową jakość, kreując nową postawę, czyniąc wielki, ryzykowny skok. Inni z kolei tylko po części dokonali zmian, stawiając sobie za axis mundi pewnie założenia aprioryczne, tak, by ich świat nie legł w gruzach na wypadek trzęsienia zwanego kryzysem światopoglądowymi, ci czynili powolne kroczki, ale stabilne. Jest, niestety, też ta grupa, która nie pragnęła zmian wcale, obraziła się na świat i stwierdziła, że jego realia wcale się nie zmieniają, niezależnie od tego, ile lat minęło – ta grupa stoi zapalczywie i ani drgnie, a kto drgnie, jest odstępcą, odmieńcem i do niej już nie należy. Trudno przyporządkować kogoś jednoznacznie do danej kategorii tak jak trudno rozpatrywać wszelkie zmiany pod każdym względem jednakowo. Niezależnie od tego, ile kroków zrobiliśmy, życie w relacjach z ludźmi opiera się na tych zmianach, które nazwać można wyprzedzaniem. Zasypiasz, gdy ktoś jest za Tobą, a budzisz się i znajduje się przed Tobą. Ta współrywalizacja, na której może się opierać w XXI wieku część znajomości, według mnie nie polega na tym, by kogoś jak najbardziej wyprzedzić. Chodzi o to, by się wciąż ścigać i motywować do ścigania. 

 

 


KAROLINA JARA JANKOWSKA

Nie lubi szufladkować ludzi ani generalizować. Gdyby miała opisać siebie, powiedziałaby pewnie, że jest metalówą, egzystencjalistką, feministką czy coś pokroju tego, lecz to zaledwie po części przedstawia jej sposób bycia, złożoność człowieka, jaką chce pokazać innym.