KLUCZ DO CELU

Dzień od rana nie prezentował sobą nic wyjątkowego, choć w brew wszelkim pozorom i bez tego często można tu doznać niebotycznych wrażeń. Niestety nie miałem tyle szczęścia. Strumienie wiatru tworzyły ze sobą przedziwne slalomy. W pewnym momencie wyglądając przez potężne balkonowe drzwi czułem wielki podmuch z każdej strony, przez co nie umiałbym wtedy wskazań jego kierunku. Kolory nieba od fioletów i purpurów, po zielenie i granaty łączyły się niczym akwarele na palecie jakiegoś słynnego malarza. Pomimo tak niebagatelnego zjawiska, jedyne odczucie jakie rodziły owe pejzaże, było zimno i ogromna niechęć opuszczania lęgowiska domowego, którym tymczasowo był pokój w pensjonacie.  

Mokka z kawiarki i ciepłe tosty z serem i pieczarkami zagościły na moim śniadaniowym stole po raz czwarty w tym tygodniu. Nie byłem zachwycony tym faktem, lecz nie miałem wystarczająco siły i ochoty, która popchnęłaby mnie do przygotowania sobie posiłku. Poranna toaleta i półgodzinny wybór odpowiedniego stroju na dziś. Ostatecznie wyszedłem z domu na pobliski przystanek autobusowy. Jednak impuls nieznanego pochodzenia zmusił mnie do pokonania najbliższego dystansu pieszo. Tak też się stało. Dwie godziny zegarowe wędrówki ulicznym poboczem w dół. Męka dla płuc. Męka dla nóg. Czego chcieć więcej? Zacząłem się zastanawiać czemu nie skorzystałem z transportu. Jednak pretensje mogłem mieć tylko do siebie. Wraz z tym wnioskiem skończyły się moje pretensje. Kolejne minuty budziły mój niepokój. Szczerze powiedziawszy już od pół godziny nie wiedziałem dokąd ta droga prowadzi. Postanowiłem jednak nie dawać po sobie tego poznać. Koniec końców trafiłem do Kuźnic. Z tego miejsca postanowiłem kierować się na Nosal. Niedoczekanie. Bardzo miłe państwo tuż po czterdziestce z dwójką dzieci zburzyło mój obraz wymarzonego celu podróży. Droga prowadziła do nieco bardziej wymagającego miejsca. Był to słynny Kasprowy Wierch. Początkowo moje zdezorientowanie na pograniczu z niepokojem i radością posadziło mnie na ławce w celu krótkiego namysłu. Podjąłem się tego wyzwania. Dzisiaj zdobędę szczyt Kasprowego i nikt mi w tym nie przeszkodzi.  

Centrum Kuźnic. Wielki, rozbudowany znak na rozdrożu. Ponad trzy godziny w górę. Nie przeraziło mnie to ani trochę. Wręcz przeciwnie. Dodało mi to energii. Pierwszy kilometr nie sprawił mi większej trudności. Jednak im wyżej, tym ciężej. Mniejsza gęstość tlenu w powietrzu początkowo uniemożliwiała normalne oddychanie. Po krótkim czasie organizm przystosował się do ekstremalnych warunków pozostawiając po sobie tylko znak w postaci przyspieszonego pulsu. Każdy krok przynosił ze sobą coraz to piękniejsze widoki. Osiadające stada chmur na wierzchołkach gór łączyły się w jeszcze większe stada. Ostatni odcinek dał się we znaki. Powoli moje stawy odmawiały posłuszeństwa. Ból zmusił mnie do robienia licznych przystanków. Jednak świadomość dotarcia do celu wzięła za wygraną. Dzieliły mnie już tylko ostatnie kroki. Udało się! Energia i szczęście spotęgowane więcej, niż do kwadratu wypełniły mnie jak nigdy przedtem. To było co najmniej niesamowite. Do tej pory nie mogę znaleźć idealnego słowa opisującego to uczucie. Doszedłem do wniosku, że teraz mogę osiągnąć wszystko co tylko zapragnę. Wszystko jest zależne od nas samych. Od podejścia, od pracy jaką włożymy w nasze marzenia. Ogranicza nas tylko wyobraźnia. Tak więc do dzieła. Realizujmy swoje fantazje, swoje cele, obowiązki, które kojarzą nam się ogromną udręką. To wszystko jest w naszej gestii. Nie hamujmy się w osiąganiu tych celów.  


PATRYK EDWARD KOŁODZIEJSKI

Pomysłodawca i założyciel Kulturalnych przy kawie, nie tylko odpowiedzialny za szatę graficzną. Barista, designer, student wzornictwa.

@ vousEdward na Twitterze